– Czy ktoś przyniesie nasze bagaże? – spytała.
Gourlay skinął głową.
– Nie będziecie mieli powodu uskarżać się na
opiekę. Proście o wszystko, czego potrzebujecie.
– Nie obawiaj się, nie omieszkamy tego uczynić –
odrzekłem. Opadłem na drugie łóżko.
– Od dawna tu jesteś?
– Od sześciu lat – odparł rozsiadając się wygodnie
w fotelu. – Należę do weteranów. Pracowałem pod czterema administratorami.
Dino, przed nim Stuart, a jeszcze przed nim Gustaffson. Pracowałem nawet parę
miesięcy pod Rockwoodem.
– Rockwood nie urzędował długo, prawda? – spytała
Lyanna.
– Tak – odparł Gourlay. – Nie lubił tej planety. Szybko przeniósł się gdzie indziej, na stanowisko zastępcy administratora. Nie przejąłem się tym zbytnio, jeżeli mam być szczery. Był to trochę nerwowy typ. Zawsze wydawał rozkazy po to tylko, by pokazać, kto tu jest szefem.
– Sama nie wiem – odparła. – Nie czytałam go.
Zastanawiam się dlaczego mieli tylu administratorów. I po co wezwali nas?
– Jesteśmy przecież Talentami – odparłem z
uśmiechem. – Talentami przez duże T.
Lyanna i ja zostaliśmy sprawdzeni i zarejestrowani
jako Talenty psi. Posiadaliśmy dokumenty potwierdzające ten fakt.
– Uhum – mruknęła, odwracając się na bok i
odwzajemniając mi uśmiech. Tym razem nie był to zdawkowy grymas.
– Valcarenghi chciał, byśmy trochę odpoczęli –
powiedziałem – nie jest to zły pomysł.

Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuń